Dziś temat poważny. Pomimo, że system jest niepoważny.
Ja. Studentka. Studentka zarządzania ze specjalizacją z marketingu i komunikacji społecznej. Lada moment skończę studia i będę szukać pracy w zawodzie (to taki żarcik sytuacyjny).
Kilka dni temu weszłam na stronę uczelni, w zakładkę "oferta edukacyjna". Dotarłam do kierunku na którym jestem i jakież było moje zdziwienie gdy zobaczyłam zakres nauczania. Na pięć myślników dotyczących głównych zagadnień, w rzeczywistości miałam... jeden. Zaśmiałam się jedynie głośno przypominając sobie, że powinnam mieć elementy komunikacji społecznej. Powinnam ;) Jestem teraz srogo zawiedziona i znów stwierdzam, że nasza polska edukacja jest co najmniej do kitu. Ja- specjalista od zarządzania i niby od marketingu, reklamy zrobiłam podczas 4 lat studiów jedną reklamę (nawet nie kampanię. I nie był to projekt semestralny a jedynie element wykładu). Za to znam biografie wszystkich guru zarządzania i umiem robić tabelki w Wordzie. Praktyka? Skądże. Lepiej po raz ósmy omówić czym jest popyt i podaż. Ponoć ćwiczenia i konwersatoria są od praktyki. Jakże mylny pogląd!
A teraz po studiach zatrudnię się w agencji reklamowej, dostanę zlecenie po czym powiem: "Sorry, nie umiem, ale mogę za to opowiedzieć o Kotlerze albo Weberze! Czy odpowiada Państwu taki układ?".
Dlaczego w Polsce ciągle naucza się teorii? Przecież człowiek najlepiej uczy się robiąc a nie wkuwając. No ale może to dlatego, że "Polacy są świetnie przygotowani teoretycznie", więc po co to zmieniać? A praktyka? Jakoś to będzie... Się nauczy!